Dziecko w świecie finansów. Rozmowa z Aleksandrą Beltą-Iwacz, dziecięcą psycholog

Nauka kilku języków obcych. Lekcje gry na skrzypcach lub gitarze. Dodatkowe zajęcia na basenie czy korcie tenisowym… Każdy rodzic chce jak najlepiej przygotować swoje pociechy do startu w dorosłe życie. Często zapominamy jednak, jak ważnym etapem na tej długiej i krętej drodze jest edukacja finansowa. 88% Polaków uważa, że edukowanie dzieci w zakresie finansów jest bardzo istotne. Ale aż 49% rodziców przyznaje, że w ogóle nie rozmawia z dziećmi na temat pieniędzy. Dlaczego warto poruszać ten temat i jak się do tego zabrać? Jak kształtować dobre nawyki? Czy dawać dzieciom kieszonkowe? Na te i na wiele innych pytań odpowiada Aleksandra Belta-Iwasz, dziecięca psycholog, autorka popularnego bloga Mamologia, a prywatnie mama 2-letniego Franka.

 

Czy w Twojej codziennej praktyce – w rozmowach z rodzicami i/lub dziećmi, w warsztatach, które prowadzisz – w ogóle pojawia się temat pieniędzy?

 

Muszę przyznać, że to jest temat, który w zasadzie nie istnieje. Przedszkolaki po prostu marzą o górze pieniędzy, żeby kupić sobie wymarzone zabawki. Nastolatki, cóż, narzekają, że mają pieniędzy za mało. A rodzice zgłaszają się do psychologa, kiedy już wystąpi jakiś problem – dziecko zaczyna albo te pieniądze podkradać z portfela, albo wydaje je na coś innego, niż miało, np. dostaje pieniądze na miesięczny bilet, a kupuje jakąś rzecz dla własnej przyjemności. Tak jak dużo się myśli o wspieraniu rozwoju ruchowego czy intelektualnego, tak o edukację finansową troszczy się bardzo mało osób.

 

A jak myślisz, dlaczego tak jest?

 

Myślę, że wynika to z pewnych mitów i przekonań. Uczono nas, że o pieniądzach się nie rozmawia, a z dziećmi to już na pewno. Rodzice myślą o tym temacie właściwie tylko w kontekście ewentualnych problemów, ale nie zapobiegawczo, profilaktycznie. Inna rzecz to mniemanie, że ludzie, którzy mają pieniądze, to są ludzie mało wrażliwi, sknerusy (śmiech). Lubimy powtarzać, że w życiu ważne jest co innego. Skoro sami, jako dorośli, mamy takie poglądy, to taką też wizję przekażemy dzieciom. Nie chcemy, by nasze dzieci zaczęły wszystko tak chłodno kalkulować. A przecież pieniądze są obecne w naszym życiu codziennie i nie tylko można, ale wręcz trzeba o nich rozmawiać. Tak jak uczymy dzieci smarować bułki masłem, tak samo powinniśmy uczyć je finansów.

 

Jakie argumenty powinny przekonać rodziców do edukowania dzieci w zakresie finansów?

 

Przede wszystkim to, że pieniądze nas otaczają i, jak powiedziałam, mamy z nimi kontakt codziennie. I to powinien być koronny argument. Po to wychowujemy dzieci, żeby później, jako samodzielni dorośli, dobrze sobie radziły. Jeżeli mają sobie radzić z finansami, to musimy ich tego nauczyć. Inną kwestią jest to, że jakiekolwiek oddanie dzieciom decyzyjności, możliwości podejmowanie samodzielnych decyzji, kształtuje ich pewność siebie.

 

Od jakiego wieku można już rozpocząć naukę?

 

Edukację finansową warto zacząć jak najszybciej. Dzieci mają ogromny potencjał i nauka jest dla nich zupełnie naturalna; robią to mimochodem, z wielką łatwością. W świat finansów, co często dziwi rodziców, powinniśmy wprowadzać już przedszkolaków. 8-9-latki nie przejmują się już tak bardzo tym co mówią rodzice. Już w tym wczesnym wieku ważni stają się rówieśnicy, otoczenie i bardzo zaczynają działać reklamy. Nawyki i przekonania, które ukształtowaliśmy w dzieciach wcześniej, będą im towarzyszyły w okresie nastoletnim. Przedsiębiorcze myślenie, właściwe nawyki, świadomość takich pojęć jak: tani, drogi, potrzebny, mniej potrzebny. To wszystko powinno pojawić się już we wczesnych latach dzieciństwa, kiedy potencjał rozwojowy dzieci jest ogromny. A niestety w tym czasie o pieniądzach dzieci najczęściej wiedzą zazwyczaj tyle, że rzadko je widzą na oczy.

 

A jak taka edukacja finansowa powinna wyglądać?

 

Między rodzicem a dzieckiem przede wszystkim powinna być relacja. I ta relacja kształtuje wszystkie możliwe przekonania. Powinniśmy więc zacząć od siebie – od wypracowania swoich nawyków; tym bardziej, że moje subiektywne obserwacje pokazują, że my, dorośli mamy z tym spory problem i nie potrafimy gospodarować pieniędzmi. Tu muszę wrócić do tego, co mówiłam wcześniej, do mitów i fałszywych przekonań: że bogaci ludzi najczęściej nakradli, że pierwszy milion zawsze trzeba podwędzić (śmiech) i tak dalej. Często myślimy, że pieniądze to są komplikacje i kłopoty. I fajnie byłoby przedstawić dzieciom to inaczej: że to nie pieniądze rządzą nami, ale to my mamy szansę rządzić nimi. Pracujemy więc nad sobą, nad tym, żebyśmy sami umieli gospodarować tymi pieniędzmi i potrafili to przekazać. Pamiętajmy, że dzieci najlepiej uczą się przez obserwację. Nie jest tak ważne, co mówimy dzieciom, ale to, co im pokazujemy. I mniej powinniśmy się martwić tym, że dzieci nas nie słuchają, a bardziej tym, że cały czas patrzą nam na ręce i na każde nasze zachowanie. W kontekście naprawdę małych dzieci warto zacząć od szacunku do pieniądza. 100 zł to nie jest przecież nic innego jak dużo groszy. Więc taką pierwszą lekcją może być nauka, że schylamy się po każdy możliwy grosz, który spotkamy na drodze. Pokażmy, że pieniądze nie są jakimś zakazanym owocem, ale w posługiwaniu się nimi obowiązują pewne zasady. A zasady te możemy tłumaczyć na dziesiątki różnych sposobów: przez książeczki, gry, kupony, zabawę w sklep… Wymiana „pieniędzy na niby” na towary to już jest cenna lekcja. Nie są tak ważne konkretne „metody”, ale to, aby ten temat był stale obecny, aby nie odcinać dzieci od niego.

 

Podkreślasz, że najważniejsze jest dawanie dobrego przykładu, i trudno mi się z Tobą nie zgodzić, ale nawet przy najlepszych chęciach ten „przykład” prawdopodobnie będzie wyglądał inaczej w domach bardziej i mniej zamożnych. Jak dużo powinny wiedzieć dzieci o sytuacji materialnej w domu?

 

Zacznę od tego, że nie uważam, że zasady powinny być inne w zależności od domu. Pamiętajmy, że to nie jest tak, że ludzie, którzy mają więcej pieniędzy, potrafią nimi lepiej dysponować. Możemy mieć mnóstwo pieniędzy, obracać wysokimi kwotami, ale niekoniecznie mieć na te pieniądze plan. Nawet jeżeli zarabiamy niewiele i mamy pieniędzy mało, to możemy mieć dokładnie wyznaczone cele i plan finansowy. Tego musimy uczyć dzieci, niezależnie, jakimi kwotami operujemy, dużymi czy małymi. Wyznaczanie celów, priorytetów, szukanie rozwiązań, obserwowanie działań marketingowych, które nas otaczają – to nie są wartości w 100% zależne od zarobków. A wracając do Twojego pytania. Trudno mi wyobrazić sobie dom, w którym dzieci nie odczują sytuacji finansowej. Możemy sobie mówić, że pieniądze nie są ważne, ale one są ważne, bo są potrzebne. Jeżeli tych pieniędzy jest mało, to wzbudza to w dorosłych stres. Martwimy się, żeby do tego pierwszego przetrwać, więc w całym domu panuje napięcie emocjonalne, które dzieci natychmiast wyłapują. Zdecydowanie lepiej, jeżeli powiemy dzieciom, o co nam chodzi, dlaczego jesteśmy zestresowani, niż mielibyśmy udawać, że nic się nie dzieje, kiedy dziecko czuje, że coś jest nie tak. Niezależnie od tego, jaki jest dom i budżet domowy, dobrze, aby dzieci wiedziały, że są w tym domu jakieś koszty, stałe wydatki i zobowiązania i czasem nam się uda coś odłożyć, a czasem nie. Nie musimy operować konkretnymi kwotami. Ale czym dziecko starsze, tym bardziej możemy je w to nasze życie finansowe wprowadzać. Możemy mówić dziecku, że budżet domowy nie jest czymś, co wynosimy poza granice domu. I to też jest kolejna lekcja.

 

W wielu polskich domach, niezależnie od ich zamożności, zwykło się nieustannie przypominać dzieciom, że pieniądze pochodzą z ciężkiej, żmudnej pracy. Taki obraz nie pomaga chyba w edukacji finansowej?

 

To jest takie kolejne nasze przekonanie. Trudno mi powiedzieć, że nieprawdziwe, bo oczywiście pieniądze zarabia się trudno. Ale też nie lubię takiego powtarzania dzieciom, że to musi być zawsze ogromny wysiłek. Dużo fajniej, jeśli nauczymy dzieci, że pieniądze można zarabiać z przyjemnością. Każda praca jest ciężka – nie ma pracy lekkiej i przyjemnej (śmiech). Nawet kiedy praca jest naszą pasją, zdarzają się gorsze dni. Ale zarabianie pieniędzy może być przyjemnością. I myślę, że jeśli dzieci wychodzą z domu z takim przekonaniem, to jest im dużo łatwiej. Warto pokazać, że praca może łączyć się z marzeniami i wspaniałymi rzeczami.

 

Edukacja finansowa jest właściwie nieobecna w programie szkolnym. Cała odpowiedzialność za przygotowanie dzieci do życia w świecie finansów spoczywa więc na rodzicach. Czy uważasz, że powinno się to zmienić?

 

Edukacja finansowa pojawia się w ostatnich latach edukacji, pod koniec szkoły średniej. Mamy wtedy taki przedmiot jak „przedsiębiorczość”. Po pierwsze, jest to jednak już trochę za późno. Bo uczniami są już dorośli za chwilę ludzie, którzy mają już jakieś swoje nawyki i przekonania, więc trudno tu będzie cokolwiek zmienić. A po drugie, naukę zaczyna się od takich pojęć jak inflacja, popyt, podaż… A to nie o to powinno dokładnie chodzić. Jeżeli mówimy o inflacji, o jakichś mechanizmach gospodarki rynkowej, to na tym etapie nastolatków to mało interesuje. Oni nie do końca czują jeszcze, po co im ta wiedza, jak to wpływa na ich życie. Ich interesuje tu i teraz! Edukacja finansowa jest wiec w szkole, ale zbyt formalnie i niezupełnie „pod dzieci”. Powinniśmy w prosty sposób kształtować rożne przedsiębiorcze postawy. Myślę, że to ważne, aby każdy, kto jakkolwiek wpływa na rozwój i wychowanie dzieci, miał jakąś podstawową wiedzę na temat finansów i potrafił ją przekazywać. Oczywiście nie mam tu na myśli tego, że powinniśmy uczyć przedszkolaki, jak stać się biznesmenem lub bizneswoman (śmiech). Ale to: jak gospodarować pieniędzmi, jak wyznaczać sobie cele, jak szukać odpowiednich rozwiązań, jak być kreatywnym… Zakres umiejętności związanych z pieniędzmi jest bardzo szeroki, o czym rzadko myślimy.

 

Dość kontrowersyjny jest temat finansowego edukowania dzieci przez płacenie im za drobne prace domowe, wyrzucania śmieci, sprzątanie czy wyniki w nauce. Zdania – i psychologów, i rodziców – są tu bardzo podzielone. Jak jest Twoja opinia na ten temat?

 

Jedyną rzeczą, w której każdy psycholog zgadza się ze sobą, jest to, że „to zależy” (śmiech). Pewniakiem jest to, że nie powinniśmy traktować pieniędzy ani jako kary, ani jako nagrody. To jest bardzo krótkotrwała i mało skuteczna motywacja. Nie daje to dobrych efektów ani w kształtowaniu obowiązkowości, ani nie jest właściwie edukacją finansową. Ja zachęcam rodziców, żeby się po prostu z dziećmi umawiać – tak samo z maluchami i z nastolatkami – co jest obowiązkiem dziecka. Te obowiązki, takie rutynowe działania, nie powinny być zależne od finansów. Ale każda nadprogramowa rzecz, np. posprzątanie auta taty czy uporządkowanie jakichś dokumentów, może być dodatkowo wynagradzana. To jest wówczas fajna lekcja zarabiania i warto z takiej możliwości – w kontrolowanych przez siebie warunkach – korzystać. Bo w zarabianiu pieniędzy nie ma przecież nic złego.

 

Przejdźmy teraz do najczęściej poruszanego w kontekście edukacji finansowej dzieci tematu: Czy dawać dzieciom kieszonkowe? A jeśli tak, to jak?

 

Kieszonkowe to prawdopodobnie najlepsza forma nabywania umiejętności gospodarowania pieniędzmi. To jest wprost cudowne narzędzie. Często rodzice rzeczywiście nie wiedzą, jak to ugryźć. Kieszonkowe daje szansę nauki inwestowania, oszczędzania, powstrzymania się od wydawania, czyli odraczania przyjemności. I to nauki znów w kontrolowanych warunkach, pod bezpiecznym dachem rodziców. Zachęcam do myślenia o kieszonkowym nie jako o takim dodatkowym budżecie, bo w domu może być ciężko wygospodarować nagle to 100, 200, 300 zł ekstra pieniędzy dla dziecka; szczególnie kiedy mamy dzieci dwoje czy troje. Ale każdy rodzic wydaje określoną kwotę na dziecko – nie da się inaczej. Proponuję więc myślenie o kieszonkowym jako o pieniądzach, które i tak w domowym budżecie przeznaczone są na dziecko. Czyli takie przerzucenie na dziecko pewnej odpowiedzialności, np. za małe zakupy, typu bilet miesięczny czy drożdżówka w sklepiku. Zależnie od wieku, zależnie od tego, jakie nasze dziecko jest – jakie ma umiejętności, na jakim jest etapie, ile ma lat, co już potrafi – przerzucamy na dzieci pewne wydatki, które je bezpośrednio dotyczą. Dziecko musi usiąść i zaplanować tygodniowy lub miesięczny budżet ze świadomością, że niektóre wydatki są konieczne, że gdzieś jest miejsce na przyjemności, że może warto też coś odłożyć… Z oszczędzaniem jest jednak tak, że nam się często marzy, żeby dzieci odkładały te pieniądze, ale pamiętajmy jak nam samym jest trudno oszczędzać. Wiemy np., że powinniśmy oszczędzać na emeryturę, ale nie zawsze to robimy, bo to taka abstrakcyjna przyszłość. Nie inaczej mają dzieci, ale dla nich tą abstrakcją jest już myślenie „za rok”. Jeśli kieszonkowego mają mało, nie są w stanie oszczędzać i musimy to uwzględnić. Warto tak to wszystko zaplanować, aby cele – i nasze wychowawcze i dziecięce – były realne.

 

Czy nastolatkowi warto założyć konto osobiste i np. kieszonkowe przelewać właśnie tam?

 

Sama takie konto w ING miałam (śmiech). Pamiętam, że bardzo chciałam wtedy korzystać ze sklepów internetowych. Jeśli coś mi się marzyło, to chciałam to kupić w intrenecie, i ciągle chodziłam do rodziców: „tato, zrób przelew” (śmiech). Skoro 15 lat temu był taki problem, to co dopiero teraz. 13 rok życia to jest idealny wiek na to, żeby rozpocząć przygodę z własnym kontem. Doświadczenie, jakie można w ten sposób zyskać, jest bezcenne. Nastolatki wchodzą w okres, który nazywamy „młodzi dorośli”. To jest trudny czas: niby już trochę dorośli, ale jednak dzieci. Oczekują już od nas trochę innego traktowania: bardziej poważnego, obdarzenia ich zaufaniem, również w kwestiach związanych z pieniędzmi. Konto daje im poczucie sprawczości, realnego wpływu na swoje życie. Trzynastolatkowie bardzo chcą być niezależni. Zakładając nastolatkowi konto, możemy mu te niezależność dać, a jednocześnie mamy nad tym wszystkim jakąś kontrolę. Dajemy także bardzo wymierne wsparcie. Takie konto może mieć wpływ na poczucie pewności siebie. A nie trzeba być psychologiem, żeby wiedzieć, jak ważna jest pewność siebie, gdy pryszcz potrafi nam zrujnować życie. Każde możliwe wsparcie tego aspektu jest bardzo cenne.

 

Chciałabym teraz zapytać, o dwie konkretne sytuacje, gdy pieniądze w sposób nieunikniony trafiają na orbitę dziecięcej świadomość. Na pierwszy ogień: niesławna histeria w sklepach. Jak sobie z nią radzić? Czy mówienie dziecku, że coś jest zbyt drogie, to dobry pomysł?

 

Mówienie dziecku prawdy jest zawsze najlepszą opcją. Oczywiście prawdy adekwatnej do wieku. Jak najbardziej: mówimy, że coś jest za drogie, że nas na to w tej chwili nie stać, bo nie zaplanowaliśmy tego wydatku. Ale jeśli mówimy o histerii – klasyczne rzucanie się na podłogę, krzyki, pisk i płacz – to każdy rodzic powinien pamiętać, że nie jest to moment na jakiekolwiek tłumaczenie. Dziecko w silnych emocjach nie przyjmuje żadnych logicznych argumentów; jego mózg nie jest w stanie niczego przyswoić. W tym momencie jedyne, co powinniśmy zrobić, to zauważyć, że mu na tej zabawce bardzo zależało, że było to dla niego ważne, że jest teraz złe. Jeśli nie jesteśmy w stanie niczego bardzie empatycznego powiedzieć, zwykłe „Mhmmm”, będzie i tak dużo lepsze niż jakikolwiek tłumaczenia. Kiedy emocje opadną i wytrzemy łzy z buzi dziecka, warto porozmawiać. Dziecięce zachcianki można spisywać w jakimś magicznym notesie. To może być lista prezentów na Mikołaja czy urodziny. Nie ignorujemy potrzeby dziecka, zapisujemy ją – co od razu uczy planowania wydatków. Możemy wrócić do domu i porównać z dzieckiem cenę sklepową z innymi cenami – i to też jest aspekt edukacji finansowej. Najgorsze, co możemy zrobić, to z obawy przed tą histerią kupować dziecku wszystko i nie odmawiać tych przyjemności.

 

Druga sytuacja to wręczenie dziecku prezentów. Czy dziecko powinno znać wartość upominków, które otrzymuje?

 

Tak, zwracasz uwagę na dość popularne zjawisko. Dzieciom często mówimy: „zobacz, jak ciocia się postarała, zobacz, ile babcia musiała wydać ze swojej emerytury”.  A jeśli wręczamy prezent dorosłym, to pierwsze, co robimy, to odcinamy metki, zamazujemy ceny – bo nie wypada stawiać kogoś w niezręcznej sytuacji i mówić mu o kwocie. A dzieci powinniśmy traktować jak ludzi, nie inaczej (śmiech). Więc to jest odpowiedź. Ale jak najbardziej naszym zadaniem jest uczenie dzieci wartości rzeczy: oceny tego, że zabawka tania, słabej jakości posłuży nam krócej niż ta droższa i lepiej wykonana. Ale samo wręczanie prezentów nie jest momentem na taką edukację. A więc uczyć wartości rzeczy, ale nie wyceniać prezenty.

 

Jesteś żoną i mamą dwulatka. Po tym wszystkim, co od Ciebie usłyszałam, nie mogę na koniec nie zapytać, jak wygląda edukacja finansowa w Twoim domu?

 

(Śmiech). Sporo mówiłam o tym, że wszyscy mamy jakieś przekonania i że z niektórymi warto walczyć. Ale ja sama jeszcze nie całkiem wygrałem z przekonaniem, że damy o pieniądzach nie rozmawiają. Oboje z mężem nadal się bardzo uczymy – walczymy ze sobą, szczególnie w kwestii oszczędzania. To jest rzecz, z którą ja mam największy problem, więc najbardziej chciałabym nauczyć tego mojego syna. Franek kilka dni temu świętował drugie urodziny i był to jego start w edukację finansową. Kiedy opowiadam o tym innym osobom, patrzą trochę na mnie jak na matkę-wariatkę (śmiech). Ale ani ja nie zwariowałem, ani moje dziecko nie jest jakimś omnibusem. Chociaż oczywiście jest wyjątkowy, wspaniały i najlepszy (śmiech). Zaczęliśmy od tego, że Franek dostał skarbonkę – coś bardzo prozaicznego. Ale skarbonka to nie taka typowa świnka, którą trzeba później stłuc, ale plastikowy słoik, pojemnik z dziurką. Uczymy go zauważania pieniędzy – i on jest w stanie wypatrzeć każdą monetę, która gdzieś tam się zawieruszy. I tu znowu wstyd dla rodziców (śmiech) i kolejny nasz błąd. Ale dzięki temu Franek te pieniądze zbiera, wrzuca do skarbonki i patrzy, jak one rosną, co go ogromnie fascynuje. Dzieci obserwują pieniądze trochę inaczej niż my. Patrzą, jakie mają kolory, czy są duże, czy mała. A to jest bardzo cenna lekcja. I planujemy oczywiście wyprawę do sklepu z tą wielką skarbonką i wymianę zebranych monet na jakąś wybraną rzecz.

 

Bardzo dziękuję za rozmowę.

 

I ja dziękuję.

Komentarze
Doradca z ambicjami
‎12-08-2020 22:54

Wspaniały artykuł! Zdecydownie dzieci powinny być wtajemniczane w finanse rodziny i uczone w tym kierunku. Moja córka lat 13 ma konto + oszczędnościówkę w ing i boleję, że nie ma opcji dla młodszych :-)  (mam syna lat 11) Zdecydowanie uważam, że lekcja "przedsiębiorczości" w klasie II LO to trochę za późno na podstawowe informacje a jednoczenie wprowadza się pojęcia totalnie niezrozumiałe dla nastolatków. Uważam, że od najmłodszych (sensownych)  lat dzieci powinny wiedzieć, że budżet trzeba dzielić a nie tylko wszystko wydawać....

Sabina
Doradca z ambicjami
Doradca z ambicjami icon
18
9
10-02-2018
Moderator
‎13-08-2020 23:03

Masz rację, że dobrze, aby dzieci uczyły się zarządzania swoimi finansami od najmłodszych lat.
Mamy rozwiązania dla młodszych dzieci. Jeśli syn nie ukończył 13 lat, to może mieć u nas konto oszczędnościowe lub kartę przedpłaconą Mastercard - to rozwiązanie udostępniliśmy w ostatnim czasie. 
Więcej informacji znajdziesz tutaj. 

IlonaU
Moderator
Moderator icon
648
132
07-06-2017