Czy mikroorganizmy mogą zrewolucjonizować rolnictwo?

O genezie projektu Microbe Plus, rynku biologicznych produktów i wyzwaniach stojących przed nowoczesnym rolnictwem rozmawiamy z dr Anną Ogar, współzałożycielką firmy Microbe Plus – laureatką Programu Grantowego ING.

 

Zacznijmy od początku skąd wziął się pomysł na stworzenie Microbe Plus?


Uwielbiam jeść! 😊 Niestety, bardzo często warzywa i owoce, które kupuję, nie mają smaku. Wynika to z faktu, że uprawia się je głównie na syntetycznych nawozach, nastawiając się na szybki przyrost masy, a nie na jakość. A to właśnie gleba odpowiada za smak i wartości odżywcze roślin.

Z jednej strony więc kierował mną pragmatyzm, z drugiej – realna potrzeba rynkowa: dostarczać konsumentom warzywa i owoce nie tylko smaczniejsze, ale i zdrowsze. Dzięki odpowiednim mikroorganizmom oraz ich metabolitom można w naturalny sposób stymulować rośliny do produkcji cennych związków, np. flawonoidów czy likopenu, a także zwiększać zawartość składników mineralnych. Naszym celem jest żywność funkcjonalna – bogata w wartości odżywcze, które realnie wpływają na nasze zdrowie a nie tylko efektowna wizualnie.

 

Na czym dokładnie polega działanie Microbe Plus?


Tworzymy biologiczne preparaty oparte na starannie dobranych mieszankach bakterii. Działają one wielotorowo: stymulują wzrost i rozwój roślin, chronią je przed chorobami, poprawiają kondycję gleby i wspierają jej bioróżnorodność.

W praktyce oznacza to zwiększenie żyzności gleby, ułatwienie przyswajania składników odżywczych zarówno makroelementów takich jak azot, fosfor jak i mikroelementów oraz a tym samym pozwalają na ograniczenie stosowania nawozów chemicznych oraz ograniczenie zużycia pestycydów. W efekcie podnosimy zdrowotność roślin. Rolnicy zyskują zdrowsze uprawy i wyższe plony, a konsumenci – żywność trwalszą, zdrowszą i wolną od pozostałości chemicznych.

 

Jak dobieracie szczepy bakterii i składniki swoich preparatów?


To biotechnologiczny „high-tech” dla roślin. Łączymy mikrobiologię, badania molekularne i biotechnologię, aby wyselekcjonować mikroorganizmy najbardziej aktywne metabolicznie. Nasze produkty, dzięki odpowiednio dobranym szczepom działają kompleksowo. Dzięki metabolitom, które nasze bakterie produkują, jesteśmy w stanie tworzyć preparaty wielofunkcyjne – takie, które jednocześnie ułatwiają roślinom pobieranie związków mineralnych, stymulują produkcję fitohormonów przyspieszających lub wyrównujących proces dojrzewania, a także wspierają ochronę przed patogenami i szkodnikami.

Nie jest to podejście jednotorowe, typowe dla środków syntetycznych. Tworzymy naturalne wsparcie mechanizmów obronnych roślin, dzięki którym roślina może bronić się przed niekorzystnymi warunkami, takimi jak na przykład susza czy patogeny.

 

Czy receptura ciągle ewoluuje?


Technologia ciągłe ewoluuje,  staramy się odpowiednio dobierać mikroorganizmy do potrzeb i problemów z którymi mierzą  się rolnicy. Część produktów zarejestrowaliśmy, a inne są w fazie badań i rozwoju. Kluczowe jest jednak dopasowanie szczepów do konkretnych upraw i warunków środowiskowych.

Na przykład mikroorganizmy działają inaczej na bananach w Kostaryce, inaczej na papryce w Arabii Saudyjskiej, a jeszcze inaczej na zbożach w Europie. Dlatego stale pracujemy nad indywidualnym doborem szczepów, bo to one decydują o skuteczności naszych biologicznych preparatów.

 

Jak weryfikujecie skuteczność?


Testujemy produkty zarówno w laboratoriach, jak i w polu. Wyniki pokazują kilkunastoprocentowe przewagi nad standardowymi rozwiązaniami. Co więcej, w konwencjonalnych systemach upraw możemy istotnie obniżyć zużycie syntetycznych środków nawet o 50% – bez żadnych strat w jakości czy wielkości plonów.

 

Jak wyglądały Wasze początki na rynku?


Od samego początku kluczowy był dla nas bliski kontakt z rolnikami. Chcieliśmy poznać ich realne problemy i opracować rozwiązania odpowiadające na te wyzwania. Później zastanawialiśmy się, w jaki sposób możemy pomóc w ich rozwiązywaniu, z wykorzystaniem naszej technologii Microbe+, myśląc inaczej niż duże koncerny z sektora Big Pharma – nie poprzez chemiczne rozwiązania, ale poprzez naśladowanie natury i wykorzystywanie naturalnych procesów celem ochrony roślin. Dzięki współpracy z gospodarstwami – zarówno ekologicznymi, jak i konwencjonalnymi – mogliśmy szybko dostosować nasze produkty do realnych potrzeb. Szybko okazało się, że stosowanie pojedynczego produktu bywa problematyczne. Rolnicy często łączą kilka preparatów w jednym zabiegu, dlatego kompatybilność naszych rozwiązań musiała obejmować znacznie szerszy zakres niż pierwotnie zakładaliśmy.

 

Z pozoru wygląda to na historię łatwego sukcesu. Czy po drodze nie pojawiły się poważne wyzwania lub przeszkody?

 

Oczywiście! Droga innowacyjnego startupu rzadko jest prosta. Już na początku zmierzyliśmy się z barierami regulacyjnymi – prawo europejskie nie nadąża za kategorią biologicznych produktów. Przepisy dotyczące rejestracji i dopuszczenia są w Europie bardzo niejednolite, a dodatkowo w różnych rejonach świata potrafią się drastycznie różnić. Dla małych podmiotów oznacza to całą serię kłopotów — od kosztów po skomplikowane procedury organizacyjne, co przekłada się na olbrzymie nakłady finansowe i to jeszcze przed wprowadzeniem produktu na rynek.

Kolejnym wyzwaniem była skala testów — od prób laboratoryjnych po szeroko zakrojone badania terenowe. Ponadto musieliśmy prowadzić badania w różnych krajach i strefach klimatycznych. Do tego rolnicy to praktycy – muszą zobaczyć efekt na własnym polu. Udało nam się nawiązać współpracę nie tylko z rolnikami, ale także z branżowymi partnerami i dużymi przetwórcami. Dzięki temu mogliśmy przetestować naszą technologię na ponad 20 różnych uprawach w Polsce, Niemczech, Hiszpanii, Francji, Stanach Zjednoczonych, na Kostaryce i w Arabii Saudyjskiej. Nasze produkty przeszły więc naprawdę „hardkorowe” testy.

To wszystko to ogromne wyzwania zarówno organizacyjne, jak i finansowe. Niełatwo też działać w warunkach zmiennych cen płodów rolnych. Rolnicy raz chętniej inwestują, raz są ostrożniejsi. To naturalne, ale stanowi dodatkową barierę dla innowacji.

Zrozumiała ostrożność sprawia, że podjęcie ryzyka bywa trudne.

 

Czy rolnicy są coraz bardziej otwarci na biologiczne technologie?


Entuzjazm rośnie wolniej, niż początkowo zakładałam, więc ten „hura-optymizm” raczej nie dotyczy tego segmentu. Ale presja regulacyjna zmusza rolników do szukania alternatyw, a świadomość konsumentów rośnie. Z roku na rok widzimy też większe zainteresowanie rozwiązaniami odpornymi na zmiany klimatu – susze czy wysokie temperatury. Stosowanie klasycznych produktów chemicznych (nawozów, pestycydów) w uprawach nie zawsze jest optymalnym rozwiązaniem. To tworzy naturalny impuls do korzystania z nowych technologii, takich jak nasze biologiczne produkty Microbe+.  Cieszy nas fakt, że konsumenci coraz lepiej rozumieją, że produkty bio i eko to kategoria odmienna od produktów konwencjonalnych i chętniej sięgają po produkty oznaczone odpowiednimi certyfikatami.

Tak więc odpowiedź jest złożona: entuzjazm może nie jest jeszcze wysoki, ale świadomość i potrzeba zmiany rośnie, a warunki środowiskowe oraz presja regulacyjna tworzą przestrzeń dla innowacyjnych rozwiązań.

 

Jakie momenty utwierdziły Was, że Microbe Plus to dobry kierunek?


Pierwsze testy polowe, gdzie wyniki były lepsze niż się spodziewaliśmy. To był ogromny przełom. To była ogromna radość i entuzjazm, bo co innego, gdy coś dobrze wychodzi w laboratorium w małej skali, a co innego, gdy stoisz w polu i widzisz efekty na rzeczywistym plonie. Wtedy naprawdę wiesz, że Twój produkt czy technologia działa.

Drugim kamieniem milowym były strategiczne partnerstwa branżowe. Rozpoczęliśmy współpracę z grupą Maspex w sektorze różnych warzyw, przede wszystkim po to, aby podnieść parametry jakościowe plonów. W Niemczech z grupą Südzucker staramy się optymalizować uprawę buraka cukrowego. Współpraca z dużymi podmiotami zwiększyła naszą wiarygodność i pozwoliła myśleć o skalowaniu.

A nagrody i granty, jak choćby ten od ING, są potwierdzeniem, że idziemy w dobrym kierunku.

 

Jak wygląda rynek biologicznych rozwiązań w Polsce i na świecie? Czy konkurowanie z dużymi firmami chemicznymi jest trudne?

 

Konkurencja jest naprawdę duża. Dominuje kilka globalnych gigantów fitofarmaceutycznych, kontrolujących ok. 80% rynku. Mówimy tu o 7–9 podmiotach globalnie, co pokazuje, jak gigantyczna jest konkurencja na najwyższym poziomie. Do tego dochodzi masa małych i średnich firm działających lokalnie lub w wąskich, specyficznych segmentach. Dlatego, mimo że w skali lokalnej można wymienić może 7–10 konkurentów, to na rynkach globalnych jest ich naprawdę wielu. Każdy zajmuje się nieco innym obszarem, więc w sensie bezpośredniej, „zero-jedynkowej” konkurencji jest mniej, ale w ujęciu globalnym rynek jest bardzo zatłoczony.

Do tego dochodzą ogromne nakłady finansowe niezbędne na prace badawczo-rozwojowe oraz procesy rejestracyjne. Inwestycje sięgają dziesiątek milionów, a w przypadku największych graczy – setek milionów euro. Milion złotych w tym kontekście to naprawdę niewiele, jeśli chcemy wprowadzić na rynek produkt biologiczny w skali globalnej. Szczególnie procesy rejestracyjne dla biologicznych środków ochrony roślin są bardzo kosztowne – sam proces rejestracji jednego produktu to wydatek rzędu 200–500 milionów euro.

 

Bez gwarancji, że produkt się sprzeda?

 

Absolutnie tak. A co najważniejsze, nie ma gwarancji, że produkt w ogóle zostanie dopuszczony do obrotu. Sama procedura rejestracyjna to ogromne wyzwanie, a do tego dochodzi późniejszy koszt skalowania i wdrożenia. To jest naprawdę gigantyczny i finansochłonny biznes. Skąd wynikają tak niewyobrażalne koszty? Przede wszystkim z samej złożoności procesu rejestracyjnego. Trzeba przeprowadzić szereg testów skuteczności na poszczególnych uprawach i w różnych rejonach – nawet ograniczając proces tylko do Europy. Do tego dochodzą wszystkie badania bezpieczeństwa, ekotoksykologia, mutagenność, cytotoksyczność – jest ich ogrom.

Na te testy nakłada się również wymóg wielosezonowości – produkt musi wykazywać tą samą funkcjonalność minimum przez trzy sezony. Cały proces R&D, od pomysłu do zakończenia, trwa zazwyczaj od pięciu lat w przypadku ekspresowych projektów, do nawet dwunastu lat.

 

Jakie macie plany na najbliższe lata? Rozwój nowych produktów, próby wejście na kolejne rynki, a może coś jeszcze innego?

 

Skupiamy się na nowych konsorcjach mikroorganizmów, szczególnie tych wspierających rośliny w suszy i odbudowie żyzności gleby. W Polsce poziom próchnicy w wielu rejonach jest niestety krytycznie niski, więc to jest dla nas szczególnie istotne. Skupiamy się na produktach, które pomagają roślinom przetrwać okresy stresowe oraz budujące jakościowy plon.

Chcemy, aby nasze biologiczne produkty były widoczne i dostępne nie tylko w Polsce, ale szerzej w Europie.  Planujemy ekspansję zagraniczną – Europa, USA, a w dalszej perspektywie Brazylia. Brazylia to kraj, który z jednej strony jest liderem biologicznych rozwiązań, a z drugiej zmuszony jest do ograniczenia stosowania syntetyków.

 

Czy wprowadzenie produktów na taki rynek jak Brazylia jest proste po rejestracji w Polsce czy Europie?

 

Oczywiście, że nie jest. Brazylia ma własne, odrębne normy rejestracyjne i regulacyjne, a każdy nowy rynek wymaga w praktyce rozpoczęcia całego procesu walidacji od początku.

Szczerze mówiąc, gdybym wcześniej wiedziała, jak skomplikowane są procedury regulacyjne w rolnictwie, pewnie wybrałabym branżę mniej wymagającą, np. AI. Rolnictwo to naprawdę jeden z najbardziej przeregulowanych sektorów.

Z drugiej strony rozumiem sens tych regulacji, bez nich można by wprowadzać produkty bez żadnej kontroli i nadzoru. Problem polega na tym, że organy rejestracyjne często mają ograniczoną świadomość dotyczącą specyfiki biologicznych preparatów, które działają inaczej niż związki syntetyczne. To utrudnia wejście na nowe rynki i dodatkowo komplikuje kwestie marketingu, dystrybucji czy wdrażania produktów w gospodarstwach.

 

Jak myślisz, jak będzie wyglądała przyszłość Waszej branży w ciągu najbliższych 20 lat? Czy produkty biologiczne zaczną dominować, czy zmiany klimatyczne całkowicie odmienią rolnictwo na świecie?

 

Wierzę, że produkty biologiczne staną się standardem, tak jak dziś standardem są chemiczne środki ochrony roślin czy syntetyczne nawozy. Rolnictwo będzie bardziej precyzyjne i cyfrowe, a biologiczne rozwiązania mogą pomóc ograniczać emisje CO₂ i ograniczyć negatywny wpływa na środowisko.

 

Coraz więcej ludzi na całym świecie chce jeść zdrowiej i bardziej jakościowo. Jeśli produkty biologiczne sprostają tym oczekiwaniom i okażą się skuteczniejsze niż syntetyki w zmieniających się warunkach klimatycznych, biotechnologia zyska przewagę nad metodami konwencjonalnymi.

Wierzę, że stanie się to z korzyścią dla środowiska i w kierunku bardziej zrównoważonego rolnictwa. Jestem optymistką, choć dziś patrzę na ten proces bardziej realistycznie niż kilka lat temu. Zmiany nastąpią, ale prawdopodobnie wolniej, niż początkowo zakładałam.

Co istotne, najwięksi gracze z sektora Big Pharma już teraz stopniowo przenoszą swoją działalność z obszaru syntetyków na rozwiązania biologiczne. Najwięksi gracze już teraz przejmują mniejsze firmy biotechnologiczne, bo wiedzą, że to kierunek nieunikniony. Budowanie takiej kompetencji od podstaw zajęłoby im zapewne dekadę, natomiast integracja istniejących podmiotów pozwala dużo szybciej wprowadzać nowe technologie na rynek. Dodatkowym impulsem są wygasające patenty – kończące się prawa do syntetycznych rozwiązań sprawiają, że ich wartość spada, a ceny lecą w dół. To otwiera przestrzeń dla nowych, innowacyjnych rozwiązań biologicznych.